niedziela, 25 sierpnia 2013

Jak nie uczyć kreatywnego myślenia

Amerykanie, gdyby znali przypadki, odmienialiby przez nie słowo "kreatywność" bez końca. Gramatykę mają jednak w tym względzie dość ubogą, więc dają upust swoim potrzebom w inny sposób, opracowując dla szkół nowe, rozwijające kreatywność syllabusy. Dziś historia ze szkoły zza oceanu, pokazująca do czego prowadzi przesadna kreatywności w tworzeniu podstaw programowych.

Państwo Shuls z Arkansas w USA posłali swojego syna do pierwszej klasy publicznej szkoły podstawowej. Wszystko zapowiadało się jak najlepiej, gdy po kilku tygodniach nauki rodzice otrzymali ze szkoły ulotkę, tłumaczącą, jak powinno uczyć się malucha matematyki. Instrukcja (zobacz ilustrację), którą przyniósł syn, pokazywała mechanizm pracy na lekcjach na przykładzie prostego dodawania: Stuart ma 15 kredek, dostaje od Trae 5 kolejnych. Ile ma razem? Notatka rekomendowała do wyboru kilka metod. Rysowanie kresek, a potem policzenie ich; rozbicie piętnastki na trzy piątki, a później zsumowanie razem wszystkich czterech piątek; wyodrębnienie dziesiątki i piątek, a następnie dodanie wszystkich elementów. Wszystko przedstawione w formie kółeczek, kwadracików, kreseczek miało skutkować rozumowym rozwiązaniem zadania. Instrukcja natomiast stanowczo zabraniała uczenia dzieci dodawania pod kreskę! 

Arkansas.  To tutaj dzieje się nasza opowieść 
Zdumiony ojciec postanowił udać się do szkoły, w celu uzyskania wyjaśnień, dlaczego nie wolno mu uczyć własnego syna dodawania najprostszą i najskuteczniejszą metodą, jaką znał. Na spotkaniu z nauczycielem dowiedział się, że celem wdrażanego systemu jest rozumowe nauczenie dziecka myślenia matematycznego. Pan Shuls, przekonany, że szkolny system jest zbyt powolny dla jego chłopca i zwyczajnie niepraktyczny, postanowił sam uzupełnić wiedzę dziecka. Niestety domowe lekcje kończyły się porażką: „Nauczycielka tak nie robi” – awanturował się ze łzami w oczach mały szkrab. Rodzic rozpoczął więc wymianę maili ze szkołą, w efekcie której, spotkał się wicedyrektorem, dyrektorem, specem od nauczania matematyki oraz został zapoznany z podstawą programową realizowaną w szkole (tzw. Common Core). Według jej wytycznych uczniowie musieli wykazać się umiejętnością wyjaśniania, jak doszli do otrzymanych wyników, rysowanie kresek i kółek miało niezbicie dowieść, że sami rozumieją stosowane mechanizmy. James wciąż jednak nie otrzymał odpowiedzi na dręczące go pytanie, dlaczego nie może uczyć swojego syna matematyki, jak Pan Bóg przykazał, stosując prosty algorytm dodawania pod kreskę. 

Rozmowy z dyrektorem nie doprowadziły do rozwiązania sprawy. Krnąbrnemu rodzicowi zaproponowano obserwację lekcji prowadzonych według wytycznych Common Core. Tak więc James Shuls zasiadł w szkolnej ławie i przyglądał się pracy pierwszaków. Jak relacjonuje, nauczycielka była profesjonalistką, podchodziła do dzieci z entuzjazmem, utrzymywała dobry kontakt z grupą. Poprosiła uczniów, aby w pracy na lekcji wykorzystali wybrane przez siebie strategie. Dzieci mierzyły się z prostym zadaniem na mnożenie. Musiały same wymyślić metodę rozwiązania. Niektórym udało się dość szybko uporać z problemem, inne jednak pozostawały bez wsparcia i po prostu spisywały odpowiedzi z zeszytów sąsiadów. Na koniec wybrani uczniowie zaprezentowali przed klasą zastosowane przez siebie strategie. Wykonanie tego jednego zadania zajęło uczniom całą lekcję! Praktycznie dla większości maluchów była to lekcja spędzona na niczym. Widząc, że z systemem nie wygra, James Shuls przeniósł syna do prywatnej szkoły, gdzie jego syn uczy się według innych, akceptowanych przez rodzica, wytycznych.

James Shuls, jak wielu rodziców w Stanach Zjednoczonych, zżyma się na stosowanie w szkołach Common Core. Jest to podstawa programowa do nauki matematyki i czytania wdrażana od 2010 roku w 45 stanach USA. Jej sztandarowym założeniem jest rezygnacja z nauczania pamięciowego, podawania gotowej wiedzy przez nauczyciela oraz wyćwiczenie u uczniów nawyku samodzielnego myślenia i rozumowego rozwiązywania problemów. Można powiedzieć: fantastyczne! Tego nam brakuje w polskich szkołach! Szkopuł w tym, że Common Core stal się obiektem masowej krytyki, a przypadek syna Jamesa Shulsa świetnie ilustruje, dlaczego do tego doszło.

Po pierwsze, program, który miał przyczynić się do rozwoju kreatywności, w rzeczywistości blokuje uczniów, którzy potrafią samodzielnie przeskoczyć etap liczenia na patyczkach i rysowania kółek w zeszycie. Niby trzeba znaleźć własne rozwiązanie, ale to rozwiązanie musi ściśle mieścić się w granicach zakreślonych przez program. Standaryzacja wbrew głoszonym postulatom programu blokuje indywidualny rozwój.

Po drugie, aby być w zgodzie z wytycznymi, nauczyciele unikają podczas lekcji zbyt częstych wyjaśnień, wszak uczeń ma samodzielnie dojść do rozwiązania! Uczeń bez wsparcia i widocznych postępów, zmuszony do walki wciąż na nowo z tym samym wyzwaniem, zwyczajnie się podda. Nie twierdzę, że trzeba wszystko podać gotowe na talerzu do konsumpcji. Nie, ale każdy wymaga nieco innego sposobu i tempa stymulacji do pracy.

Po trzecie, w obawie przed „bezmyślnym uczeniem się formuł” jak najdłużej wstrzymuje się zastosowanie powszechnie stosowanych technik liczenia pod kreskę. Zdumiewa tempo pracy na zajęciach. Jedna lekcja na wykonanie pojedynczego mnożenia? Zdolny rozwiąże zadanie i zacznie kontemplować sufit, słaby spisze rozwiązanie i skupi się na bujaniu w obłokach. 

Wprowadzanie na siłę unowocześnień prowadzi w pułapkę. Każdy uczeń pracuje we własnym tempie i każdy potrzebuje na różnych etapach pracy różnego typu motywacji i wskazówek. Grzechem podstawowym Common Core jest unifikacja, przekonanie, że wszystkie dzieci muszą najpierw przez niemal rok pracować na konkretach, by dopiero na finiszu przenieść efekt swojej pracy na poziom abstrakcji. Zapewne są tacy, którzy mają predyspozycje, aby świetnie odnaleźć się w tym programie. Ale dla innych ten system będzie albo nudny, albo niezrozumiały. 

Co nam w Polsce do tego? Naszym marzeniem jest szkoła, ucząca samodzielności i kreatywności. W owczym pędzie łatwo pominąć niuanse, które z postulatu wolności myślenia robią tyranię pseudosamodzielności. Zawsze powtarzam uczniom, że popełnianie błędów jest dobre, bo można się na nich uczyć. Z tym, że lepiej na cudzych.

8 komentarzy:

  1. Opisałeś zjawisko ze szkoły amerykańskiej...? Jak to podobnie brzmi... ;)
    W klasie 4 SP mój syn, zanim doszedł do najprostszej wg. mnie metody "pod kreską", przerobił, zgodnie z programem naturalnie, rozmaite sposoby dodawania pamięciowego. Zaczęło się od 23+25= a skończyło na 238+756=. Po drodze było rozkładanie liczb, przy wykorzystaniu dopełnień do pełnych dziesiątek i setek, np. 23+59=23+57+2=.
    Podobnie było z mnożeniem i z dzieleniem - "pod kreską" było na samym końcu. Najbardziej dziwiło mnie poświęcanie kilku godzin na dzielenie z resztą 65:7=9r2. Młody gubił się w tym potwornie, a problem znikł jak ręką odjął, gdy doszli do dzielenia pisemnego. Więc po co było tracić ten czas? Do tego jeszcze doszło dokładnie to co napisałeś "nauczyciele unikają podczas lekcji zbyt częstych wyjaśnień, wszak uczeń ma samodzielnie dojść do rozwiązania!", ale "Uczeń bez wsparcia i widocznych postępów, zmuszony do walki wciąż na nowo z tym samym wyzwaniem, zwyczajnie się podda"

    cdn.

    OdpowiedzUsuń
  2. cd.

    Głowny problem Commone Core sprowadza się w opisanym przez ciebie przykładzie do powolności i infantylności programu. W polskiej szkole jest zupełnie odwrotnie, choć podobieństw w efektach jest mnóstwo.
    Polski program matematyki w SP po zakończeniu nauczania początkowego, zasuwa w strasznym tempie. Żeby sprawdzić, wystarczy ściągnąć ogólnodostępny rozkład godzin do danego podręcznika, załączony na stronie wydawnictwa. Młody miał Nową Erę - nie polecam!
    Oprócz tempa pracy, istnieje jeszcze problem nacisku na "samodzielne myślenie" przy jednoczesnym "podawaniu gotowej wiedzy przez nauczyciela" . Wbrew pozorom, to może być problem... Wykłady, niemal w sensie dosłownym, są już niemal na porządku dziennym. Techniki liczenia przestały być istotne - tak jakby wszyscy urodzili się genialni i nie potrzebowali czasu na oswojenie z nową umiejętnością. Nie bagatelizowałabym tego "spisywaniem od kolegi i gapieniem w sufit". Techniki liczenia i ich trenowanie są bardzo istotne; logiczne pojmowanie zagadnień przychodzi w dalszej kolejności. W tej chwili na matematyce, technik liczenia się już nie trenuje, traktuje się je zupełnie pobieżnie (jak ktoś ma ochotę może sobie poćwiczyć w domu). Natychmiast po zapoznaniu z nowym tematem wprowadza się zadania tekstowe, często w absurdalnym wręcz brzmieniu (tu znów NE wiedzie prym).
    Mogłabym mnożyć całe serie przykładów dot. matematyki. W ciągu 4 klasy zamieniłam się niemal w korepetytora. Przerabiałam niemal wszystko z Młodym od początku w domu (na szczęście z efektem). Gdy jednak, zmęczona już tym stanem rzeczy, powiedziałam w szkole, że mój syn nie nadąża za programem, że tempo pracy jest zbyt duże, usłyszałam od dyrekcji, że "matematyka jest po prostu trudna" i "wielu uczniów ma z nią problemy, jeśli nie pracuje dodatkowo w domu". Dziwna sprawa, jakoś nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy, ze matematyka jest trudna. Więc jak to jest, że w jednym pokoleniu ta sama matematyka jest trudna, a w innym akceptowalna? Wg mnie problem tkwi właśnie w programie i stylu nauczania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Beth,

      to co piszesz, to smutny obraz naszej szkoły. Poruszyłaś tyle problemów, że nie wiem od czego zacząć:) Spróbuję tak:

      „Techniki liczenia przestały być istotne - tak jakby wszyscy urodzili się genialni i nie potrzebowali czasu na oswojenie z nową umiejętnością. W tej chwili na matematyce, technik liczenia się już nie trenuje, traktuje się je zupełnie pobieżnie”

      Więc i u nas i w USA jest tak, że tzw „proces uczenia się” (w sensie: samodzielnie rozumowanie) zaćmiewa „treści nauczania” (czyli osiągnięcie konkretnej wiedzy/umiejętności). Dzieciak zostaje sam z nierozwiązanym matematycznym problemem, bo proces jest ważny, efekt niby przyjdzie później. Często nie przychodzi. Pamiętam, jak sam brzdącem będąc w starej podstawowej wypełniałem słupek za słupkiem. Taki trening (w zakresie głównych działań) pozwalał zautomatyzować myślenie i lepiej zrozumieć istotę działania. Nie wyobrażam sobie, żeby prowadząc abstrakcyjne rozumowanie matematyczne, za każdym razem z kalkulatorem w ręku sprawdzać ile jest 7x6. To po prostu rozprasza.

      "Młody gubił się w tym potwornie, a problem znikł jak ręką odjął, gdy doszli do dzielenia pisemnego."

      Nie jest jednoznacznie stwierdzone, że najpierw trzeba pojąć coś rozumowo, aby potem mechanicznie wykonywać zadania. Czasem właśnie mechaniczne ćwiczenie prowadzi do zrozumienia. Tak jak w przypadku Twojego syna:)

      "W ciągu 4 klasy zamieniłam się niemal w korepetytora. (…) Gdy jednak, zmęczona już tym stanem rzeczy, powiedziałam w szkole, że mój syn nie nadąża za programem, że tempo pracy jest zbyt duże, usłyszałam od dyrekcji, że "matematyka jest po prostu trudna" i "wielu uczniów ma z nią problemy, jeśli nie pracuje dodatkowo w domu". Dziwna sprawa

      Przygnębiające. Czyli tłumacząc dyrektora z oficjalnego na nasze: my wymiękamy z tym programem, proszę sobie uczyć dziecko samemu. Dobrze, że Młody ma ciebie. Szkoła go nie uczy, a wymaga efektów. Wiem, co potem umieją dzieciaki w gimnazjum i szkole średniej. To nie kwestia tego, że są głupie, ale jak piszesz „stylu i programu nauczania” na wcześniejszych etapach.

      Usuń
    2. I na deser taki link z cytatem:
      http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,14515999.html

      "Ponad połowa przedszkolaków wykazuje uzdolnienia matematyczne. Przez brak umiejętności pielęgnowania ich dzieci przestają je jednak rozwijać już w pierwszej klasie"

      Usuń
  3. O, to mi się przypominają sławne grafy na matematyce. Chyba nadal nimi mordują biedne dzieci. Potrafiłam działanie rozwiązać w myśli, a na grafach robiłam błędy, takie to było skomplikowane. Z ulgą zaczęłam uczyć się matematyki normalnie, bodaj w 4 klasie, kiedy uczono już liczenia pod kreską :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam dziecko w szkole amerykańskiej, acz nie w USA, i uwielbiam ją niejako rykoszetem.
    O niektórych obserwacjach piszę na swoim blogu, zwłaszcza zaś zachwycona jestem stosunkiem szkoły do czytania, i działaniami jakie podejmuje, żeby wpoić dzieciakom zamiłowanie do tego zbożnego hobby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaglądam czasem na Twój blog, lubię oglądać świat z innej perspektywy, a ta katarska jest diametralnie inna:)

      Szkoły prywatne (bo o takiej chyba mówisz?) są specyficzne, tam wiele zależy od osób, które ją prowadzą. W sektorze publicznym trudniej coś zmienić, a jeśli już idzie odgórnie jakiś pomysł, choćby nowatorski, istnieje duże prawdopodobieństwo, że na masową skalę zamieni się on we własną karykaturę.

      Usuń
  5. To nie jest szkoła prywatne (jest non profit), ale nie jest też publiczna (bo płatna).
    Na pewno tej szkole jest łatwiej: nie musi przyjmować wszystkich jak leci (acz nie robi też konkursu na najzdolniejszych), nie musi walczyć o uczniów, bo ma kolejkę chętnych, a budżet ma wystarczający na gromadzenie wyposażenia i zatrudnianie dobrych fachowców. Przy tym duża swoboda edukacyjna, tycząca tego jak uczyć.
    Oczywiście spaprać można każdy pomysł, ale ja nieodmiennie mam nadzieję, że ktoś skorzysta z moich doświadczeń w kwestii dziecięcego czytania. Bo im się, kurczę udaje - te dzieciaki naprawdę masowo lubią czytać i czytają jak wściekłe.

    OdpowiedzUsuń