sobota, 31 sierpnia 2013

Wizerunek medialny nauczyciela

Licencja CC BY 3.0, autor alegri
Dawno, dawno temu nauczyciel cieszył się podobno niepodważalnym autorytetem, dziś sam musi go wypracować. Jeśli mu się nie powiedzie, negatywna opinia pójdzie w świat i będzie się rozprzestrzeniać w prywatnych i publicznych rozmowach. Prawie każdy belfer wcześniej czy później spotka się z krytyką. No cóż, nie można podobać się wszystkim, szczególnie jeśli przypisano ci obowiązek formułowania ocen. Nawet jeśli są sprawiedliwe, nie zawsze będą zgadzać się z wewnętrzną samooceną ocenianego. Wiele raz słyszałem opinie o mojej pracy wyrażane w superlatywach (co było naprawdę motywujące), ale zdarzyło się też kiedyś prosić administrację pewnego forum, o usunięcie oszczerstw kierowanych pod moim adresem. Takie wypadki są wpisane w ten zawód.

Jest niewiele profesji, które są tak pilnie obserwowane i punktowane. Nauczyciele – chcą czy nie  – będą zawsze na świeczniku, bo codziennie występują przed niemałym audytorium, codziennie są oceniani przez około setkę młodych krytycznych umysłów, które przez 45 minut śledzą każdy ich ruch. Audytorium czasem jest zainteresowane, czasem nie, raz darzy belfra sympatią, raz niechęcią. Ale niezależnie od emocji, jakie nauczyciel budzi (bądź jakich nie budzi), uczeń nie może opuścić sali. Musi wziąć udział w spektaklu aż do momentu, gdy opadnie kurtyna... czyli do dzwonka. Godziny spędzone wspólnie robią swoje.

Pamiętam z dawnych czasów wypowiedź Agnieszki Chylińskiej na rozdaniu Fryderyków w 1997 roku, ale apogeum złości mam wrażenie osiągnęliśmy w 2013 roku przed wakacjami, gdy opublikowano wyniki raportu o czasie pracy nauczycieli. Oto kilka przykładów z pobieżnie przejrzanych forów:

Konieczko: tu nie ma co kombinować i ciągle wybielać naszych nie przepracowanych nauczycieli. Od lat wokół nich w Polsce jest jakiś aureola nietykalności i jakby nadętego niby bohaterstwa. Czas z tym skończyć i zatrudniać na tych samych zasadach jak innych pracowników. Nauczyciele do roboty!!

Nauczycieli krytykuje się także za braki merytoryczne, przy czym – jak to ze stereotypami bywa – wizerunek budują poszczególne przypadki: jeden kiepski belfer psuje reputacje całej grupie. 

Gulcia77: Hmmm, nauczycielka młodego w klasach I-III nie zna języka polskiego, popełnia koszmarne błędy językowe, a za użycie słów "brzezina" oraz "mawiać" młody dostał obniżoną ocenę. Czy jest tu jeszcze co komentować?

Zresztą i na tym blogu zdarzało mi się nagłaśniać, jak nauczyciele obrywają po uszach.

To tylko pobieżnie wybrane przykłady z Internetu. Sami nauczyciele w dyskusjach na forach prezentują się częstokroć jak płaczliwe ciotki. Biadoleniu nie ma końca. Żale często są efektem wypalenia zawodowego, frustrującej atmosfery w pokoju nauczycielskim albo porażek pedagogicznych. Czasem to prawdziwe dramaty ludzi, którym grunt usuwa się spod stóp. Wiele słychać pojękiwań, co jak się łatwo domyślać, nie buduje pozytywnego wizerunku, a na hejterów i krytyków działa jak czerwona płachta na byka.

Łatwo pisać źle o belfrach. Pełne inwektyw pod adresem nauczycieli dyskusje w Sieci budują fałszywy obraz zawodu. Lenie, ignoranci, roszczeniowcy, nieudacznicy – tak piszą agresorzy. Słabo opłacani, przemęczeni – tak piszą sami nauczyciele. To przesłanie trafia do ucznia, który tworzy sobie wirtualny obraz pazernego nauczyciela o niskim statusie społecznym, robiącego niewiele i użalającego się nad sobą. Po publikacji raportu o czasie pracy nauczycieli okazało się, że belfer to także kłamca, bo w dzienniczek pracy wpisuje wydumane informacje. Na jednym wydechu wylicza się urzędników, polityków, górników, nauczycieli, i skanduje pod ich adresem: o-szu-ści, nie-ro-by.

Za osobę zaufania publicznego nauczycieli mają już chyba tylko bankowcy. Ale mimo czarnego PR rola belfra jest wciąż taka jak kiedyś. To od nauczycieli w znacznej mierze zależy, jakie zainteresowania rozwinie młody człowiek. W których dziedzinach wiedzy zasmakuje, a które na starcie przekreśli. Często uczniowie nieświadomie utożsamiają przedmiot z jego nauczycielem. „Nie lubię chemii” może oznaczać „Mam dość tej nudziary”, „Podoba mi się matematyka” należy rozumieć „Lubię, jak pani opowiada o liczbach wymiernych”. To przekłada się na dalsze wybory studiów czy pracy, na całe życie. Absolwent wychodzi ze szkoły z pewnym kapitałem wiedzy i przede wszystkim z wyrobioną opinią, co jest ciekawe, a co nie. 

Dużo łatwiej jest uczyć, jeśli nie trzeba przełamywać rodzących się uprzedzeń. Bez fachowych badań nie da się wymierzyć siły czarnego PR, ale jestem przekonany, że ma on wpływ na codzienną pracę w szkole. Z jakim nastawieniem pójdzie do szkoły syn tatusia, który gardłuje na forach i przy niedzielnym obiedzie o klawym życiu niekompetentnych belfrów? 


Negatywny efekt poczują też ci, którzy z powodu zwolnień opuszczają szkołę. Który pracodawca będzie chciał zatrudnić gnuśnego nauczyciela, co ciężkiej pracy w życiu nie zaznał, bo pracował jedynie 13 i pół godziny tygodniowo (18 razy po 45 minut!)? Jeśli ma jeszcze wątpliwości, poczyta sobie w Internecie, jak bezradni są zwalniani pedagodzy: no po prostu dwie lewe ręce, zero kreatywności!

Tymczasem równie prawdziwy będzie taki wizerunek belfra: nauczyciel to człowiek kształtujący charakter i postawy ludzi młodych, każdy zapewne pamięta jakiegoś genialnego pedagoga, który wywarł na niego silny wpływ. Nauczyciele to ludzie z poczuciem misji, świetnie radzący sobie w sytuacjach stresowych, potrafiący kierować grupą. Ze względu na swoją pracę codziennie doskonalą swoje umiejętności interpersonalne. Potrafią zachować samodyscyplinę w pracy: poza 18-godzinnym pensum sami organizują czas i warsztat pracy. Kontakt z młodymi ludźmi pozwala im zachować świeżość umysłu i kreatywność.

Łatwo znaleźć liczne przykłady zarówno na negatywny i pozytywny obraz nauczyciela. To tylko kwestia podejścia, sami wybieramy, czy otworzyć szufladkę z napisem „zlizywanie pianki z kolan” czy może „superbelfrzy – eduzmieniacze”. Krytyka nie jest zła, jeśli potrafi być konstruktywna i służy czemuś więcej niż umacnianiu stereotypów. Skrytykuję więc nauczycieli: przykro to powiedzieć, ale nie umiemy dbać o swój PR.

10 komentarzy:

  1. Obawiam się, że "genialny pedagog" dla nastolatka to niekoniecznie dobry nauczyciel wg rodzica. ;)
    Wpływ i postawy nie zawsze wiążą się z merytorycznym przygotowaniem do studiów, czy w ogóle do życia. Ciężko krytykować nauczycieli jako całość, bo to są tylko ludzie, na dodatek typowi Polacy. A typowy Polak zawsze narzeka, marudzi i zazdrości innym. Kogo tak naprawdę kojarzymy z sukcesem zawodowym? Prawników, architektów, biznesmenów. Wiedza intelektualna nie jest w Polsce żadną wartością, tylko pensja przelewana na konto. Jeśli sami nauczyciele mają z tego powodu niskie poczucie wartości (mało zarabiam, więc jestem nikim), to jak mają na to patrzeć uczniowie? Taki kraj, co począć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że trafiłaś w sedno. Wielu nauczycieli nie potrafi się docenić. O etosie tej pracy już mało kto pamięta.

      Usuń
  2. To i ja dodam swoje trzy grosze, albo i więcej.

    Największy żal jaki mam do nauczycieli, z którymi zetknęłam się współcześnie, sprowadza się do tego, że w większości przypadków na forach, przedstawiają się jako ofiary programu nauczania. Nie wierzę, że nie ma w necie, czy w realu miejsca, w którym nauczyciele mogliby zgłaszać uwagi do przeładowanego programu. Myślę jednak, że z tych samych powodów co w zwykłych korporacjach - wolą się nie wychylać.
    Program jest tymczasem koszmarny.

    Proszę sobie otworzyć zwykły podręcznik do przyrody do klasy piątej i zobaczyć jakie zawiera treści, ale nie w kontekście tych treści, tylko tempa, w jakim uczniowie mają je przyswajać. To jest naprawdę istny kierat. Do tego dodaj angielski, matematykę, polski, niemiecki i wyobraź sobie, ze każdy nauczyciel zadał na drugi dzień do odrobienia jakąś kartę pracy lub 2-3 zadania w ćwiczeniach. Nauczyciele nie wykazują najmniejszego zrozumienia dla czasu wolnego uczniów. Mój syn kończy lekcje prawie codziennie o godzinie 15-tej. Minął zaledwie tydzień od rozpoczęcia roku szkolnego, tymczasem zakres zadań domowych od pierwszego dnia jest zupełnie niebanalny. Gdyby Młody chciał odrabiać wszystko na czas, musiałby zrezygnować zupełnie z czasu wolnego po lekcjach. Nie wyolbrzymiam - wiem co mówię. Obserwuję go bardzo dokładnie i znam jego tempo pracy.

    Zresztą dobrze pamiętam swoją szkołę sprzed prawie 30 lat i widzę jakie są różnice. Ja bardzo dobrze wspominam podstawówkę. Z nauczycieli nie lubiłam może 1-2 na 10. Z Młodym jest zupełnie odwrotnie - z nauczycieli lubi może 2-3 na 10. Szkoły raczej nie lubi; no może kilku kolegów i kilka koleżanek. To nie jest zwykła niechęć pokoleń. Myślę, że to jest świadomość, ze szkoła tylko wymaga i nic nie daje w zamian, a wręcz zabiera. Ja nie przypominam sobie, żebym w piątej klasie spędzała całe popołudnia na odrabianiu lekcji, nie wychodząc zupełnie na podwórko w ciągu tygodnia. Wręcz przeciwnie. Mimo to w szkole szło mi bardzo dobrze. Nie przypominam sobie też, żeby jakikolwiek nauczyciel robił sprawdziany, dwa tygodnie po rozpoczęciu roku szkolnego. Takie akcje, to dopiero w liceum.

    Można oczywiście powiedzieć, że uwagi do rytmu pracy stosowanego przez nauczyciela można zgłaszać w dyrekcji. Tyle, że wg. mnie to walka z wiatrakami. Poza tym ja nie mogę być co tydzień w szkole. Mam problem, żeby wylądować tam nawet raz na 1-2 m-ce. Powód jest banalny: moje godziny pracy to 8-16. Po tych godzinach, w szkole mojego syna można zastać tylko panią w świetlicy. Spotkania z niektórymi nauczycielami raz na 2-3 miesiące sprawiają, że na rzeczywiste problemy nie można reagować w czasie rzeczywistym.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaki jeszcze widzę problem z nauczycielami (jakby nie było w większości moimi plus-minus rówieśnikami)? Między innymi taki, że podchodzą do nauczania zbyt serio. Dostają dzieciaki, a traktują je z miejsca tak, jakby mieli przed sobą co najmniej licealistów. 10-letniemu dziecku trzeba wyraźnie powiedzieć, aby zapisało w zeszycie zadanie domowe, a nie rzucić je od niechcenia tuż po dzwonku na przerwę, oczekując, że zapamięta to i każde kolejne. Nie ma na to czasu? Program jest aż tak przeładowany?

    Słuchałam ostatnio, jak ktoś wypowiadał się na temat zalet posyłania pięciolatków do szkoły. Jednocześnie przywoływał koronny argument o tym jak to w UE dzieci śmigają do szkoły i nikt nie narzeka. Tak się składa, że kraje UE to już nie jest jakiś niedościgniony kosmos dla nikogo z nas, prawda? Moja kuzynka mieszka w Niemczech, dzieciaki są w podobnym wieku co Młody. W pierwszej klasie podstawówki zadań domowych było jak na lekarstwo. Potem zaczęły być zadawane z tygodnia na tydzień (nigdy z dnia na dzień). Wyjaśnienie było takie, że szkoła musi dzieciom umożliwić rozwijanie zainteresowań i uczęszczanie na indywidualne zajęcia pozalekcyjne ?!?!! Czy ktoś kiedyś słyszał w polskiej szkole takie argumenty??? Słyszał, to moze i tak, ale czy znacie dyrektora, który by takie argumenty uwzględnił w postaci zaleceń ???

    Koleżanka mieszka w Anglii, wyprowadzili się z 14-letnią córką. Na początku było mnóstwo obaw, już po miesiącu dziewczyna była zachwycona, i szkołą, i o wiele mniej stresującym podejściem do realizowanego programu. Takie właśnie są realia. I nie ma się co chwalić, ze u nas poziom jest wyższy niż w szkołach UE. Poziom mierzy się przyszłą jakością życia wykształconego ucznia, a nie bieżącymi słupkami statystycznymi prowadzonymi przez dyrektora, próbującego znaleźć uzasadnienie dla dalszego bytu własnego stołka i placówki, którą zarządza.

    U nas ciągle pokutuje system codziennych zadań domowych z koronnym argumentem o nauce systematyczności oraz nieustanny bat w postaci kartkówek. To jest polska szkoła. I jeszcze to ukierunkowanie na testy, testy testy, wszędzie i z każdego przedmiotu. Zamiast uczyć grać na flecie, robi się test z czytania nut, zamiast uczyć rysować, robi się test ze stylów w sztuce, o religii to już nawet szkoda wspominać.

    Nie ma sprawy, poślijmy więc pięciolatki do szkoły, ale naprawdę dajmy im żyć jak normalnym dzieciom co najmniej do 10 roku życia. W obowiązki wprowadzajmy je powoli. Zwróćmy im popołudnia, podwórka, zabawę. Wpłyńmy na zmianę programu nauczania. Wywróćmy system edukacji do góry nogami. Dlaczego nie? Wtedy może znajdziemy jakiś wspólny język, bo teraz tylko mijamy się w kolejnych argumentach, prawda? Teoria, teorią, a praktyka zasuwa swoją drogą...

    OdpowiedzUsuń
  4. Tu się nie zgodzę. Pamiętam jeszcze swoją szkołę. Program był 3x trudniejszy niż obecnie, dużo szerszy, ogromna wiedza do przyswojenia, godzin lekcyjnych tyle samo co teraz. Tony prac domowych, które robiło się na świetlicy lub na przerwach, żeby mieć czas wolny po lekcjach. No może matmy było więcej, bo nie było religii (którą wywaliłabym ze szkół na zbity pysk, bo religia powinna być prywatną sprawą człowieka). Klasówki bywały w pierwszym miesiącu nauki i były strasznie oprotestowywane oczywiście :)
    Za to pamiętam lekcje plastyki. Nie znam nikogo, kto by prowadził zeszyt do plastyki. W naszej szkole mieliśmy ambitną plastyczkę, która uczyła nas o sztuce, o technikach malarskich, kazała nam zbierać reprodukcje i robiła z tego mini kartkówki. Zawdzięczam jej bardzo wiele, dzięki niej nie musiałam wiele wkuwać przed egzaminami na Architekturę, 80% wiedzy po prostu wiedziałam tak ot, mimochodem. Jeśli chodzi o muzykę, to nie da się nauczyć grania na flecie bez znajomości czytania nut. Takim marudzeniem pokazuje Pan ogromną ignorancję i brak wiedzy w tym temacie.

    To jest też pochodna tego co pisałam. Tacy są polscy rodzice. Po co uczyć dziecka czytania nut, albo o jakiejś tam sztuce, przecież z tego nie ma pieniędzy, nie? Ano właśnie. Rozwój intelektualny jest dla Polaków kompletnie nieważny. Tylko papier jak najmniejszym wysiłkiem, wiedza na jakiś temat nieważna, bo za dużo do nauczenia, a potem płacz że dorosłe "dziecko" nie może znaleźć pracy nigdzie poza zmywakiem w Irlandii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, widocznie chodziłyśmy do różnych szkół. Moja szkoła nie
      wypełniała mi całych tygodni po brzegi z czego bardzo się cieszę, bo miałam czas na książki, malowanie i zwykłe dziecięce wygłupy na podwórku.

      Uparcie ominęła jednak Pani kontekst mojej wypowiedzi, choć mam
      wrażenie, że był wystarczająco czytelny. Nie podoba mi się, że próbuje mnie Pani obrażać i ośmieszać. Przyznaję, że przykład testu z muzyki był może zbyt dużym skrótem myślowym z mojej strony. Podany został jednak w kontekście informacji o zbyt dużej liczbie testów na przedmiotach, na których liczyć powinna się praktyka. Może to panią zdziwi, ale są szkoły, w których nauczyciel muzyki nie wymaga prowadzenia zeszytu (wręcz zastrzega, że zeszyty do nut będą zupełnie nieprzydatne ?!) i przez cały rok, czytanie nut opiera się na studiowaniu podręcznika lub zapisach melodii w postaci nazw dźwięków
      (c d e a h c). I proszę mi wierzyć, nie przeszkadza to nauczycielowi, aby po jakimś czasie podsumować wykłady testem z czytania nut na pięciolinii. Tak przy okazji: melodie na flecie można również grać bez umiejętności czytania nut - służy do tego słuch muzyczny. Korzystam z niego całe życie. Zgadzam się jednak, że w żadnej szkole taki poziom abstrakcji jest nieakceptowalny, konieczna jest jakaś forma komunikacji między nauczycielem a uczniami.

      Ja również miałam wspaniałą nauczycielkę plastyki. Miałam całe teczki przeróżnych prac, a farby, wycinki, kolorowe papiery odzyskiwane z gazet niemal nie znikały z mojego biurka. I również rozważałam architekturę na pewnym etapie życia, ale ostatecznie wybrałam inny kierunek. To są jednak moje wspomnienia. Wspomnienia mojego syna będą zupełnie inne. Bo szkoła sprzed lat 30 i szkoła współczesna to miejsca, między którymi trudno jest znaleźć wspólny mianownik.

      Jeśli zna pani współczesną, podkreślam WSPÓŁCZESNĄ szkołę podstawową, w której muzyki uczy nauczyciel z przynajmniej podstawowym wykształceniem muzycznym, a plastyki nauczyciel z wykształceniem plastycznym, to naprawdę zazdroszczę. Najczęściej obydwa te przedmioty wrzucane są przez dyrekcję do wspólnego worka i obydwu przedmiotów uczy ten sam nauczyciel (muzyk lub plastyk). Taki jest trend we współczesnych polskich szkołach. Nie bardzo rozumiem, jak wywnioskowała Pani, na podstawie mojej wypowiedzi, ze sztuka nie leży mi na sercu. Jest wręcz przeciwnie. Sytuacja, w której dzieci są niemal systemowo pozbawiane możliwości rozwoju w tym zakresie,
      powoduje, że czuję się jak z innej planety. Większość rodziców na wywiadówkach lekceważąco prycha na hasło SZTUKA, dodając, że "po co komu plastyka albo muzyka w szkole, jak ktoś ma talent niech go kształci po lekcjach".

      Nie podoba mi się również lekceważący ton, w jakim wypowiada się Pani nt. polskiej emigracji. Za pomocą przysłowiowego "zmywaka", stawia Pani wszystkich ludzi mieszkających lub chcących mieszkać poza granicami kraju, w jednym rzędzie. Najczęściej prace w knajpach dotyczą jednak studentów, którzy jak wiadomo również w PL pracują w różnorakich McDajniach, tyle, że za nieporównywalnie niższą kasę, nieprawdaż? Tak naprawdę jednak, życie na Wyspach czy w innych krajach
      UE, nie sprowadza się wyłącznie do pracy poniżej wykształcenia - to jest tylko taki medialny lepik pokazujący wyłącznie czarną stronę tego procesu. Życie poza granicami naszego kraju na normalnym poziomie nie jest wyłącznie domeną dyplomatów i polityków. Nie o dorosłych jednak wspominałam, ale o ich dzieciach, które mimo początkowej bariery językowej, świetnie radzą sobie w szkołach za granicą i nie chcą słyszeć o powrocie do kraju. Jak Pani myśli - dlaczego?

      "Rozwój intelektualny Polaków" jak to Pani nazwała bardzo leży mi na sercu, ale to nie ja tworzę program szkolny i określam zasady zatrudnienia w szkołach. Robi to nasze cudowne państwo, czego efektem są oderwane od rzeczywistości działania MEN oraz "rewelacyjny" system dystrybucji środków na edukację zepchnięty do nieprzygotowanych na taki "prezent" samorządów.

      Usuń
    2. Odniosłam się do tego, co było napisane, nie do intencji, ot internet, tak to bywa. Czasem napisze się coś skrótowo i się zostanie źle zrozumianym :)

      Co nie zmienia faktu, że teraz dzieci uczą się połowę tego co kiedyś, a rodzice i tak marudzą. Albo rodzi się coraz więcej debili, nie potrafiących zrozumieć podstawowych pojęć, albo ograniczenie dziecku telewizji tylko do bajek - zmniejsza jego zasób słownictwa, jak i samą wiedzę o świecie (mapę świata dziecko powinno znać już na początku podstawówki na wyrywki, pytanie które ma choć pół atlasu w domu). A potem teksty, że dziecko słów nie rozumie. Kto w ogóle ustala, które słowa dziecko powinno rozumieć w jakim wieku? Nie znam takich ustaleń, to zazwyczaj tylko widzimisię rodziców, którzy sami mało co rozumieją, to im przeszkadza, że w podręczniku jest coś za mądrze napisane.

      No niestety, szkoła to ułamek pracy, jakieś 10%, resztę trzeba przewałkować samemu z dzieckiem. Każdy weekend w jakimś muzeum, teatrze, filharmonii, event naukowy ze znajomymi (np. wspólne rozwiązywanie krzyżówek czy zadań matematycznych) a nie wizyta w centrum handlowym i skończą się problemy w szkole :)

      Usuń
  5. Mimo zapisów programowych wciąż wiele jest w rękach nauczyciela. Podręcznik to nie to samo co program. Podręcznik to swoisty plan maksimum: dla klas ambitnych i pracujących sprawnie w trybie rozszerzonym. Grupa powolniejsza czy słabsza nie musi realizować wszystkiego. Podstawa programowa to plan minimum i od kilku lat trwa odchudzanie programów.

    Problem w tym, że często nauczyciel nie chce rezygnować z tego, czego uczył dotąd, "bo to jest takie ważne".

    Beth, jak chcesz zobaczyć, co jest naprawdę obowiązkowe np z biologii/przyrody to szukaj tutaj: http://www.men.gov.pl/images/stories/pdf/Reforma/5b.pdf. 15 punktów na 3 lata nauki, co daje średnio po 5 punktów na rok. Przy czym w wielu z nich nie chodzi o przyswojenie wiedzy, ale o pewne spostrzeżenia na temat świata. Czy to jest dużo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oooo, dziękuję za link :) Właśnie go przejrzałam. Masz rację, że błędem z mojej strony jest stawianie znaku równości między podręcznikiem a programem nauczania. Obawiam się jednak, że w szkole mojego syna program nie obejmuje minimum. Krótko mówiąc trafiłeś w sedno mówiąc, że "często nauczyciel nie chce rezygnować z tego, czego uczył dotąd, "bo to jest takie ważne". Również odnoszę takie wrażenie.

      Sama się łapię na tym, że kiedy przeglądam większość podręczników Młodego, to nie mam do nich uwag pod względem treści, bo to co w nich znajduję jest wartościowe i ciekawe. Szkoda tylko, że często są zasypywani mnóstwem słów i sformułowań nie przystających do ich wieku.

      Potem jednak muszę spojrzeć na ten sam podręcznik przez pryzmat wszystkich lekcji, które 11-latek musi ogarnąć w ciągu tygodnia (i to nie tylko od pn do pt) oraz czasu na wypoczynek jaki mu się należy i wtedy przestaje już być tak optymistycznie.

      Co do zakresu programu, który przywołałeś - oczywiście, że nie jest to dużo, ale tylko w teorii. W praktyce jest dużo mniej sympatycznie, a szkoda. Pewnie nie tylko ja znam badania, z których wynika, że dzieci w większości tracą naturalną ciekawość świata, idąc do szkoły ? Lubią szkołę, bo spotykają w niej rówieśników, ale to niestety jest główny powód, dla którego chętnie tam idą ;)

      Pozdrawiam ;)

      Usuń