czwartek, 16 maja 2013

Po co nam anafora, czyli rzecz o budowaniu świata z klocków

Gdy u uczniów pojawia się zwątpienie w sensowność naszego systemu edukacji (a zdarza się to nader często), droczą się czasami z nauczycielem, zadając mu pytania w stylu: “Po co mamy wiedzieć, co to jest anafora? Do czego się to przyda w życiu?”. Odpowiedzi zazwyczaj nie otrzymują albo słyszą, że mają się uczyć, bo będzie na egzaminie. Bywa, że i nauczyciel nie ma pojęcia, po co uczy i wyrażając własną bezsilność poznawczą wobec konieczności wykładania o anaforze, wtóruje uczniom: “Macie rację, to jest bez sensu, ale tak nam każą”.

Ostatnio w dyskusję o sensie funkcjonowania anafory (i nie tylko) w szkolnym programie włączył się publicysta Jacek Żakowski, twierdząc, że wiedza o tym Bogu ducha winnym środku językowym jest szkodliwa i dobry uczeń to ten, który nie ma pojęcia, o co z anaforą biega. Krótko mówiąc: uczymy bzdur. Podobnych głosów jest w publicznej debacie o oświacie coraz więcej, a najdalej zapędził się chyba profesor Jan Hartman ze swoim małym armageddonem – postulatem likwidacji szkół en masse.

W całym tym zgiełku nauczyciel powinien zdawać sobie sprawę, po co jest szkoła i po co on sam uczy. Powinien rozumieć sens swojej pracy, aby ten sens mogli także pojąć jego uczniowie.

Pytania o przydatność poszczególnych elementów szkolnego syllabusa to poniekąd sprytna manipulacja. W ten sposób można zdekonstruować i unieważnić każdy szkolny przedmiot, udowadniając, że nauka literatury, biologii, chemii nie ma najmniejszego sensu: do czego się nam przyda znajomość klasyfikacji mszaków? po co wiedzieć, co to takiego inwestytura? po jakie licho się uczyć prawa Daltona?

Licencja zdjęcia CC BY 2.0; autor: lobo235.
Każda z tych i setek innych informacji sama w sobie jest nic niewarta. Dopiero zestawiona z innymi tworzy obraz świata, jaki buduje dana nauka. To jak z budowaniem z klocków: posiadanie jednego klocka jest mało praktyczne; dopiero gdy ma się cały komplet można zbudować zamek, ulicę, miasteczko. Uczymy się faktów, aby móc na nich dokonywać operacji. Wiedza to nasze klocki, z których budujemy naszą wizję świata. I na nic się nie zda najlepszy umysł, najtęższy komputer, jeśli w środku zabraknie danych. 

Dociekliwy uczeń będzie drążył temat. Po co poznawać rzeczy, których z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie użyje? Po co mu cały zestaw klocków z kolekcji Pirates, kiedy jego interesuje Technix? 

I tu docieramy do podstaw sensu nauczania. Każdy z zestawów informacji (lub klocków, jak kto woli) jest w gruncie rzeczy podobny. Buduje się z nich konstrukcje myślowe i logiczne na podobnych zasadach. Jeśli nauczysz się w szkole analizować fakty historyczne lub tekst literacki, poradzisz sobie jako dziennikarz, prawnik, czy choćby zwykły przeżuwacz medialnej papki. Nie jest sprawą kluczową, co obierzesz sobie za materiał treningowy. Ważne jest, że pojmiesz mechanizmy otaczającego nas świata i zgłębisz sposoby mówienia o nich. 

Szkolne fakty są lepszym lub gorszym materiałem, aby uczyć samodzielnego myślenia. Wielu belfrów o tym zapomina. Tłoczone młodym umysłom informacje są zbyt drobiazgowe lub jest ich zbyt wiele, siłą rzeczy rodzi się faktowstręt. Gdy uczeń nie wykuje porcji wymaganych faktów, ten typ pedagogów sroży się i odpytuje jeszcze bardziej szczegółowo. Nie w tym rzecz, czy uczymy o anaforze czy też nie, ale w tym, czy robimy to z głową. Szkoła powinna pokazywać sens zgłębiania informacji, pobudzać ciekawość świata, a nie ją zabijać.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza